Dzwoni telefon. Budzik. 6:45, czuje się jak rozdeptany. Zimno jak cholera a leże pod kołdrą w dżinsach i bluzie.
Obok leży Maniek, prosi o jeszcze 10 minut. Spoko. Śpimy.
3 drzemki później, jest 7:00, zwlekam się z łóżka, potykam o wiadro...
Wiadro... Resztki świadomości, które widocznie nie wyciekły wczoraj wieczorem z mojej głowy okazały się wielce zapobiegawcze. Podstawiłem wiadro od mopa, na "wrazieco".
Na szczęście wiadro jest puste. Obijając się i potykając o każdy możliwy mebel i element konstrukcyjny budynku, jaki znajduje się na 3 metrowej trasie, wpadam do łazienki. Nieudana próba walki z tygrysem. Pół godziny pod prysznicem - odzyskiwanie utraconego człowieczeństwa.
Dojazd do pracy w takim stanie nie jest łatwym ani bezpiecznym wyzwaniem. I zapewne też niezbyt legalnym.
Jest słabo dobrze...
Friday, January 22, 2010
Subscribe to:
Posts (Atom)